Tuesday, August 03, 2004

Moje wakacje trwają już miesiąc, co jest bardzo dobre dla mnie, mojej podwątlonej psychiki i mojego podkopanego nieco łódzką atmosferą zdrowia fizycznego. Siedzę sobie w domku i egzystuję z gracją, z dnia na dzień, oglądając nieco telewizji, bawiac się komputerem, czytając tony książek, które chciałam bardzo przeczytać. Jest mi bardzo swojsko i radośnie w rodzinnym otoczeniu. No bo czy może być dla istoty ludzkiej cokolwiek milszego, niż siedzenie w mieszkaniu z dwoma kotami i z całą bandą ludzi podobnych do siebie? Kompletny relaks, odprężenie - siedzenie w fotelu i popatrywanie na rodzinę, wzdychanie "ha! wyglądamy tak samo!" i wbijanie tępego wzroku w błyszczące pudło. Tak, tak. Wakacje - nic radośniejszego pod słońcem. Zwłaszcza, jak wakacje nie są nudne, a moje raczej nie są. Całe dnie spędzam na czytaniu ciekawych książek, które uzyskuję z trzech źródeł: z takiego kartonu pod moim łóżkiem, z szaf w moim domu i z biblioteki. Otóż karton, chociaż może kojarzyć się z kołchozem i z kiepskim gustem (no bo w sumie kto trzyma jakieś pudła na książki w pokoju, skoro można se wstawić książki na półkę?), jest bardzo ważnym elementem krajobrazu mojego pokoju. Przede wszystkim dlatego, że znajdują się w nim głównie książki, które zostały przeze mnie nabyte w ten czy inny sposób w czasie minionego roku akademickiego. A ponieważ są nowe w moim domu, to i nie ma dla nich miejsca na żadnej półeczce na książki. Smutne, acz prawdziwe. Karton ze smutkiem spoczywa na podłodze mej komnaty i czasami tylko powiew świeżości wstąpi w niego, kiedy z zapalonym wzrokiem któraś z przedstawicielek mej rodziny zanurzy w nim dłonie i zacznie gmerać w jego zakamarkach za jakimiś ciekawymi książkami. A ciekawe książki zaiste tam się znajdą. Półki i szafy w moim domu są książkami zastawione, ponieważ moi rodzice lubią sobie poczytać, a że wszyscy znajomi ich wiedzą to, to też z każdymi imieninami, urodzinami i podobnymi okazjami do naszego domu przybywają następne tomiki, tomy, tomiska. I tak odkąd pamiętam. Trzecim źródłem jest biblioteka miejska, gdzie zaprowadziła mnie w zeszłym tygodniu Siostra. Wizyta tam była całkiem przyjemna - bibliotekarką jest pani, która wygląda jak pan, ale za to jest bardzo, bardzo miła. Założyła mi kartę i dała nawet rozkład taki specjalny, kiedy biblioteka jest czynna. Szkoda trochę, że w wakacje jest nieczynna w soboty, ale jakoś muszę to zaakceptować i żyć dalej. Nabrałam sobie tyle, ile się da. No jedna książka, co prawda, nie ma kilkudziesięciu kartek w środku, co oczywiście zgłoszę pani bibliotekarce, ale pozostałe książki sš całe, zdrowe i bardzo fajne. Poza czytaniem, często chodzę na zakupy, gdzie zawsze ktoś musi mnie wkurzyć. Albo ktoś mnie obejmie w talii, kiedy mnie mija w wąskim przejściu między jednš półką sklepową a drugą (nienawidzę być dotykana przez obce osoby, co jest dość zrozumiałe), albo kładą się na mnie w kolejce jakieś stare, grube, nie zawsze kwiatowo pachnące panie i obrzydzają mnie tym samym - czasami inwazja takiej sterty tłuszczu jest dla mnie na tyle okropna, że zaczynam majaczyć i idę do innego sklepu. Zawsze mam wielką ochotę w takiej sytuacji z całej siły zamachnąć się w tył z łokcia, ale nie jestem pewna, czy efekty, jakie by taka demonstracja siły przyniosła, byłyby dla mnie milsze niż samo leżenie tej baby na moich plecach. Możliwe, że tak. Ale biorąc pod uwagę dobro społeczeństwa, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, powstrzymuję się od zadania ciosu. Może jeszcze kiedyś będę miała okazję najeźdźczynię na mój prywatny teren skopać po wątrobie - bajam sobie. - Ale nie dzisiaj, Sowisko, nie dzisiaj, nie przed obiadem. Zakupy są bardzo dziwną czynnością w ogóle. To wybieranie produktów, ważenie, wyłuskiwanie, ogłaskiwanie, szeptanie słów miłości, patrzenie czułe na wszelkie produkty. Jest to bardzo dziwna sprawa. W sklepach też da się zaobserwować różne dziwne ludzkie zachowania. Postaram się więc na łamach tego właśnie bloga sklasyfikować chociaż pobieżnie najbardziej widoczne, dla moich oczu przynajmniej, typy klientów zakupowych. Obserwator - Sowisko w tym przypadku. Nie widać go, bo stoi po drugiej stronie kamery. Nawet jeśli spotyka się innego obserwatora, to nie widzi się go (chyba, że jest jakimś znajomym, albo znajomą), bo tak bardzo się stopił z otoczeniem, jest taki spokojny i nie rzucający się w oczy, że umyka każdorazowo uwadze, a po wyjściu ze sklepu już się o nim nie pamięta, nawet jeżeli się na niego wlazło obiema stopami. Obserwatorzy idą sobie na zakupy, robią te zakupy i idą do domu. Ten rytuał nie jest dla nich w sumie żadną wybitną przygodą, chociaż trzeba im przyznać, że niejednokroć zarejestrują coś inspirującego lub ciekawego przynajmniej. Obserwator stara się być uprzejmy i nie przeszkadzać innym - kiedy nadepnie się na niego, przeprasza lub mówi "ojej", lecz nie wszczyna bijatyk i nie grozi sądem. "Za co ja płacę." Ze względu na to, że w sklepie ludzie dzielą się na obsługujących i obsługiwanych, istnieją też różne relacje między tymi dwiema grupami istot. Po tym, co zgotowały polskim konsumentom lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, ciężko się dziwić temu, co można zaobserwować w sklepach. Wrzeszczenie na obsługę sklepu za źle ułożone towary, za niejasne opisy poszczególnych warzyw na wadze ("Bo nie są takie same jak na obrazku! Czy to proszę pani wygląda jak por???"), lub za długie kolejki, to typowa spuścizna po świetlanych czasach PRL, kiedy to widok czegokolwiek na półce sklepowej doprowadzał ludzi do rozrzewnienia, obsługa zaś sklepu od tego rozrzewnienia mniej lub bardziej subtelnie ratowała. Czasami jest mi przykro jak słyszę jakąś panią w futrze z norek ochrzaniającą w Leader Price jakiegoś chłopaczka w czerwonym daszku na głowie za przeterminowane pierogi albo za wgniecioną na rogu kostkę masła. A słyszy się to każdorazowo, bo klient, który chce widzieć, za co płaci, zawsze głośno zaznacza swojš obecność i zawsze celebruje magiczny rytuał pozbywania się pieniędzy. Nie mogę powiedzieć, żebym przepadała za tego typu widowiskami - zawsze wyczuwam w tym odrobinę rozgoryczenia ze strony klienta; rozgoryczenie to jest tęsknotą za czasami, kiedy w sklepie był prowadzony za rękę przez surową ekspedientkę i musztrowany, okrzyczany i zbesztany. Teraz, nie mając nikogo, kto ośmieliłby się podnieść głos albo być niemiły dla niego, klient wyładowuje swą frustrację, pokazując wszystkim naokoło, jak powinno się jego samego traktować. Tak naprawdę to owe demonstracje siły i ważności w sklepach są niczym innym, jak krzykiem o pomoc: "Niech ktoś mnie kopnie, zbeszta i opluje!" - Często mam ochotę wypełnić wewnętrzne pragnienia tych ludzi, ale jestem na to zbyt dobrze wychowana i uprzejma. Babcie - bardzo miła odmiana klientek. W zasadzie powinnam podzielić je na podgrupki, które pojawiają się czasami zależnie od pory roku, pory dnia itp. Jednak ogólnie powiem jeno, że babcie nie są nikim, kto by mi wybitnie przeszkadzał w sklepach. No bo w końcu jestem na tyle cierpliwa, że mogę poczekać, aż babcia zajmująca swoją osobą całe ciasne przejście pomiędzy półkami sklepu zrozumie, że moje wychrypiane seksownym głosem "Przepraszam" nie odnosi się do mojego problemu egzystencjalnego, tj. ja jej nie przepraszam, że istnieję, lecz odnosi się do kłopotu, jaki mam zamiar jej sprawić, czyli do zmuszenia jej do przesunięcia się o pół metra do szafy i nie stania na środku alejki. Naprawdę nieczęsto tracę cierpliwość w takiej sytuacji. Babcie są czasami bardzo bezradne w sklepach. Często "zatrudniają" więc młodzież i osoby w sile wieku do symbolicznej chociaż pomocy, polegającej na zważeniu jakiegoś warzywa, na pokrojeniu arbuza, lub na odczytaniu ceny napisanej wyblakłym atramentem. Zawsze rozczula mnie też prośba o zdjęcie czegoś z górnej półki. Bardzo lubię być pomocna starszym osobom, bo sama bardzo bym chciała dożyć tak podeszłego wieku, a więc czuję niezwykłą sympatię do starszych pań i panów. Najeźdźcy - już o nich wcześniej wspomniałam, jednak nie omówiłam wyczerpująco. A jest to bardzo wyczerpująca grupa osób. Są oni pochłonięci sami sobą i swoimi zakupami do tego stopnia, że nie dostrzegają innych ludzi na horyzoncie. Czasami mogą być naprawdę przykrzy i nieprzyjemni, zarówno w dotyku, jak i w rozmowie. Ich typowe zachowanie stawiające ich w tej właśnie grupie klientów polega nie tylko na kładzeniu się na innych klientach w kolejce. Polega ono także na wjeżdżaniu, czasem z impetem, wózkami na innych, na wjeżdżaniu ludziom wózkami w tyłek w kolejce, na uderzaniu koszykami pod kolanami, wreszcie na zaglądaniu innym z uwagą do koszyka, z nadzieją zapewne znalezienia czegoś demaskującego lub obciachowego. Na przykład papieru toaletowego, podpasek albo chociażby plastrów na odciski. W aptece takie osoby są chodzącymi antenami nasłuchowymi, rejestrującymi wszelkie nazwy leków, wszystkich innych ludzi w kolejce... Często osoby te utrudniają robienie zakupów innym, jednak większość z nich reaguje w pozytywny sposób na "ała" (w razie wjechania na inną osobę wózkiem) innego klienta, zarówno jak i na uwagę zwróconą im z uśmiechem przez "poszkodowanego". Matka z dzieckiem - w pewnym sensie jest to bardzo urocza grupa klientów. Zarówno uśmiechnięte mamy, jak i ich pociechy, czule wymieniają luźne uwagi na temat różnych produktów ("Mamo, kup mi czekoladę." - "Nie, bo od czekolady zęby się psują"), komentują świat zewnętrzny ("Mamo, dlaczego ta pani kupuje te wielkie pieluchy?") i biegają wspólnie po sklepie hordami niezdolnymi do opanowania. Wielokrotnie dziecina wkręci się komuś w koła od wózka sklepowego i zaczyna żałośnie kwilić, stawiajšc na baczność nie tylko swą mamę, ale też resztę sklepu; innym razem dziecina zauważy w sklepie coś, co jej zdaniem powinno zostać koniecznie nabyte, ze względu na rozliczne walory, a że niestety ów mały klient zrodził się w zupełnie niekompetentnej rodzinie, jego marzenie nie zostaje spełnione - rezultat jest podobny do rezultatu wjechania wózkiem w takie dziecko - decybela na decybeli. Ponieważ każde dziecko wie, że powinno mówić głośno i wyraźnie, a zawsze ma bardzo wiele do powiedzenia, toteż widok gęsto występujących dzieci w tłumie klientów napawa mnie zawsze obawą, że to będą ostatnie zakupy, w trakcie których będę mogła nie posługiwać się aparatem słuchowym, a swoimi własnymi uszami. Małe istotki uwielbiają zaznaczać swoją obecność, czemu w zasadzie się nie dziwię: dorośli mają wszak swój wielki wzrost i powagę - dzieciaki mają zaś zdrowe małe płucka i donośne, piskliwe głosy. O wiele wygodniej mi na psychice jednakowoż, że to dzieci głosowo zaznaczają swoje bytowanie, niż kiedy działoby się to w wykonaniu dorosłych. Pijany pan - dużo pisać nie muszę na ten temat. Zazwyczaj Pijany Pan kupuje sobie jakiś alkohol i niejednokrotnie śpieszy mu się na tyle, że stara się za wszelką cenę wepchnąć w kolejkę przed innych. Jednak zazwyczaj kapituluje i staje na końcu kolejki. Jest to dość przykre dla innych, bo nie można się skupić, stojąc przed takim ciężko oddychającym panem. Zapach wydzielany z okolic górnych dróg oddechowych jest często bardzo, bardzo mocny i czasami potrafi odurzyć nawet zdrowego konia (jeśli w sklepie znajdzie się zdrowy koń). Poza zapachem i cwaniactwem, Pijani Panowie czasami odznaczają się chamstwem. Potrafią na przykład głośno skomentować czyjeś zakupy (bo też lubią sobie sporadycznie zajrzeć do cudzego kosza), czyjś wygląd, czyjeś ubranie, czyjeś zachowanie (zwłaszcza czyjąś reakcję na ich osobę). Są ciężko upierdliwi i nieprzyjemni, a więc widok ochroniarza zawsze jest miły dla człowieka owianego wódczanym oddechem i zwyzywanego. Lecz co ja widzę. Znów się rozpisałam, o ja niecna! Cóż teraz! Co moi czytelnicy sobie o mnie pomyślą! Że jestem paplą! Na szczęście jednak nie przychodzą mi do głowy żadne inne typy klientów sklepowych, chociaż na pewno jeszcze inne występują - jednak najwidoczniej mi się nie rzucają w oczęta me błękitne. Poza czytaniem i robieniem zakupów, zdarza mi się też zgłębiać tajniki gotowania. Codziennie improwizuję w kuchni, starając się ugotować sobie coś dobrego. Wielokrotnie mi się to udaje, bo mam ja czuja do takiego działania gastronomicznego. Jednak zawsze, codziennie, bezzmiennie i natrętnie w moim radosnym pichceniu przeszkadza mi pewien Element. Jest nim Fredek, mój przyjaciel czworonóg. Nie potrafi on wcale zrozumieć, że nie tylko koty jedzą ryby, i że w ogóle nie tylko koty na tym złym świecie się posilają. Za każdym razem, kiedy staję przy desce do krojenia, na blat wparowuje Fred i wciska swoją liniejącą głowę prosto w porozstawiane przeze mnie starannie produkty. Nie mogę się wręcz od niego opędzić. Kiedy jednak uda mi się zrzucić go siedemnaście razy pod rząd z blatu, zaczyna na mnie szczekać, miauczeć, beczeć, zawodzi jak niemowlę, bądź wrzeszczy jak przekupa. Nie mogę sobie z nim poradzić. Później nie mogę sobie poradzić z obsesyjnymi myślami na temat kociej sierści w moim obiedzie, kolacji i śniadaniu. O innych, jakże ciekawych czynnościach wykonywanych przeze mnie w te wakacje napiszę niebawem. Może przytrafi mi się coś ciekawego na spacerze, na który się właśnie w tej chwili wybieram? Mam nadzieję, że tak właśnie będzie. Miłego dnia życzę i do zobaczenia.

baran23.blogspot.com
zombek17.blogspot.com
kozak36.blogspot.com
inkas23.blogspot.com
slonecznik16.blogspot.com
stanik33.blogspot.com